Storia di un Grande Amore

Amor, amour, amore. Miłość – niejedno ma imię. Jest nieprzewidywalna i nieokiełznana, ale czasami potrafi tworzyć naprawdę piękne historie.

Rok 2011 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś przewroty i nadzwyczajne zdarzenia.

Po wielu chudych latach, przepełnionych smutkiem i klęskami przyszedł czas na zmiany. Wyczuwam to w powietrzu i jakoś byłam tego pewna, że szykuje się coś wielkiego.  Wiedziałam, że czas który nadchodzi odmieni całe moje życie.

W każdej chwili, gdzieś z tyłu głowy był ON. Każdy weekend związany był z NIM. To właśnie TEN JEDYNY towarzyszył mi w najważniejszych momentach mojego życia. To  dla NIEGO wciąż żyję i wciąż chce żyć..

A jak to wszystko się zaczęło? W sumie nie pamiętam. Było to tak dawno temu. Chyba każdy wie jak to jest… Nie umiesz tego wyjaśnić. To przychodzi samo i nie pyta Cię o zdanie. Chwila, moment i już wiesz… wiesz, że będzie to ten jedyny.

Życie nie jest jednak usłane różami. Jest biało-czarne. Doskonale pamiętam te dni rozłąki. Zwykle trwało to kilka tygodni, chociaż mi wydawało się to wiecznością. Ale wiedziałam, byłam pewna, że znowu się spotkamy. Aż w końcu przychodził ten moment. Wiesz jak to jest. Dreszcze na całym ciele, motyle w brzuchu i moc emocji.

Zawsze w moim sercu był tylko ON. Lecz rok 2011 był dziwnym rokiem. Wszystko zaczęło się zmieniać. Trochę to zabawne, ale stałam się bigamistką. Lecz to też JEGO zasługa. W sumie, gdyby nie ON, może nigdy byśmy się nie poznali. Nie planowałam tego. Ale ON też chyba nie miał nic przeciwko. Ironia, chichot losu sprawił, że zaczęliśmy o NIM rozmawiać. W końcu ON fascynował nie tylko mnie. Miał w sobie tyle radości, pozytywnej energii  i zawsze potrafił wywołać uśmiech na mojej twarzy. Przy tym wszystkim był też niezwykle wzniosły, a każda chwila spędzona z NIM urastała do rangi świętości.

I chyba tak miało być. Chociaż w moim życiu pojawił się ktoś inny, to nie czułam wyrzutów sumienia, a ON na pewno się z tym pogodził. Być może to wszystko przez ten przełom. Na reszcie nastał dla NIEGO czas wielkiej chwały, pomyślności i triumfów. I co najważniejsze, ta historia jeszcze się nie skończyła. Zaczęła się JEGO era i mam nadzieję, że będzie trwać jeszcze dłużej. A, że w moim sercu zagościł ktoś jeszcze. Cóż… chyba mu to nie przeszkadza.

 

* P.S. 1. ON – Hymn Juventusu Turyn „Storia di un Grande Amore”

*P.S. 2.  ON towarzyszył mi w najważniejszym momencie mojego życia – zagrano GO na moim weselu, a do tego w najważniejszym momencie wesela – podczas wjazdu tortu.