Po prostu – Rysiek Riedel

Kochający syn, mąż, ojciec, narkoman, ostatni romantyk i hippis, wielki artysta – życiowy scenariusz Ryszarda Riedla był niesamowicie skomplikowany i towarzyszyły mu smutek oraz radość. Właśnie dlatego tytuł tekstu brzmi: „Po prostu – Rysiek Riedel”, ponieważ nie istnieją epitety, które określiłyby w pełni kim był wokalista Dżemu. Całość wyraża się wyłącznie w jego imieniu i nazwisku, bo każdy kto je usłyszy, kreuje momentalnie swój własny obraz muzyka. Dla jednych jest bogiem, dla innych ćpunem, a dla jeszcze innych nieszczęśnikiem. A jaki naprawdę był? Możemy przeczytać pierwszą lepszą biografię Riedla – czy to w Internecie, czy w książkach -, ale jego „prawdziwe ja” zawiera się w artystycznym spadku, który pozostawił po sobie. To w tekstach piosenek Dżemu powstał złożony portret chłopaka z Górnego Śląska, który marzył, żeby być tylko sobą.

Historia Ryszarda Riedla zaczęła się w chorzowskim szpitalu na ulicy Truchana, w którym urodził się 7 września 1956 roku. Od razu pokazał światu co z niego będzie za typ – parafrazując słowa „Whisky”. Gdyż na swoje narodziny spóźnił się o kilka dni (termin przypadał na koniec sierpnia). Trochę ironicznie można stwierdzić, iż na dzień dobry dał do zrozumienia, że jego stosunek do punktualności będzie bardzo luźny. Spóźniał się (lub w ogóle nie chodził) do szkoły, dlatego w siódmej klasie pożegnał się ze Szkołą Podstawową nr 18 im. Władysława Jagiełły w Tychach. Często też nie odwiedzał chłopaków z Dżemu na próbach czy koncertach. O tyle dobrze, że przynajmniej przyszedł na czas na swoje pierwsze przesłuchanie do zespołu, który na początku lat siedemdziesiątych grał w tyskim Domu Kultury „Górnik”. Nawet do swojego mieszkania na ulicy Filaretów przychodził nie w porę, co potęgowało jego konflikt z oschłym i surowym ojcem. Ale najbardziej spektakularne spóźnienie zaliczył na swoim… ślubie z Golą (Małgorzatą Pol – krewną słynnego piłkarza Ernesta Pohla). Na ceremonię przybył dwie godziny po terminie, bo przez tydzień opijał koniec swojego kawalerstwa. Zresztą podobna sytuacja miała miejsce przy narodzinach syna Sebastiana, o których dowiedział się grubo po fakcie, ponieważ pił w najlepsze za zdrowie pierworodnego.

Pomiędzy tymi blokami biegał młody Riedel
Pomiędzy tymi blokami biegał młody Riedel / fot. S.Kastelik

Spóźnialstwo było częścią jego natury i każdy musiał to zaakceptować. Toteż nie przypadkowo Ryszard Riedel nazywany jest ostatnim hippisem. Najważniejszą dla niego wartością była ogólnie rozumiana wolność. Potwierdza to jego zamiłowanie do westernów, symbolizujących przecież wyzwolony dziki zachód. Także jego miłość do rocka oraz bluesa – zaszczepiona przez siostrę Małgorzatę, która puszczała mu płytę „70a” Breakout’u – poświadcza o chęci ciągłego buntu i walki z otaczającym światem. Dlatego nie słuchał rodziców, dlatego rzucił szkołę, dlatego nie lubił pracować, dlatego nie krępował się czasem, dlatego każdy z jego otoczenia miał z nim różne – rzadko przyjemne – historie. Sama Gola musiała znosić niewinne romanse męża, który łatwo poddawał się zalotom wielu fanek, na przykład niejakiej Kasi poznanej w katowickim Akancie. Taki był Rysiek – wieczny buntownik. Jednak z czasem ta wolność uwięziła go paradoksalnie w najcięższym więzieniu i ostatecznie doprowadziła do upadku.

Tylko na spotkanie ze śmiercią Ryszard Riedel nie spóźnił się. Ba! Przyszedł na nie o wiele za wcześnie.

Niedaleko (starego) stadionu w Tychach poznał swoją przyszłą żonę
Niedaleko (starego) stadionu w Tychach poznał swoją przyszłą żonę / fot. S.Kastelik

Można tak pisać i pisać o nim, ale jak wspomniałem na wstępie, o prawdziwym Riedlu może opowiedzieć wyłącznie jego twórczość. Ona zaś pokazuje nam dwa obrazy Ryśka: jako człowieka ogólnie i jako narkomana. Na pierwszy rzut oka są ze sobą sprzeczne, ale tak naprawdę dopiero ich połączenie przedstawia jak nietuzinkową, piękną, ale i zarazem tragiczną postacią był wokalista Dżemu. Otrzymujemy portret człowieka kompletnie odmiennego, kompletnie niepoukładanego, kompletnie nieprzewidywalnego, kompletnie zatraconego w swoim romantyzmie, kompletnie zwariowanego na punkcie muzyki. I chyba ta jego nielogiczna złożoność, okraszona dodatkowo nieziemskim talentem, skradła serca tysiącom ludzi.

Rysiek jako człowiek

W tym budynku Dżem poznał Riedla / fot. S.Kastelik
W tym budynku Dżem poznał Riedla / fot. S.Kastelik

Riedel dołączył do chłopaków w 1973 roku. Ale to jeszcze nie był ten Dżem, który znamy. Zespół praktycznie przez kolejne sześć lat istniał tylko na papierze. Próby były sporadyczne, koncerty również, a skład zespołu zmieniał się bez przerwy. Wyłącznie Rysiek był stałym elementem tego muzycznego tworu. Dopiero w 1979 roku coś ruszyło do przodu. Band został zaproszony na obóz w Wilkasach, gdzie miał grać na potańcówkach. Wszyscy byli zachwyceni muzykami i właśnie po tym wydarzeniu między innymi Riedel, Berger, Otręba i Faliński uznali, że stawiają wszystko na jedną kartę. Rok później porwali publiczność na pierwszym Przeglądzie Muzyki Młodej Generacji w Jarocinie, a dwa lata później wydali pierwszy oficjalny singiel Dżemu, na którym pojawiły się „Paw” oraz uwielbiany przez wszystkich „Whisky” – te dwa utworu otworzyły zespołowi bramę do wielkiej kariery.

Tekst „Whisky” powstał najprawdopodobniej w 1979 roku gdzieś na ławce w tyskim parku. Wcześniej Rysiek rzadko próbował coś pisać. Od zawsze uważano, że jest świetnym śpiewakiem, plastykiem i aktorem, ale okazało się, że jego artystyczna dusza potrafi tworzyć także lirykę. „Whisky” mówi od pierwszego do ostatniego słowa o nim. Słuchając tego utworu można zobaczyć od razu Ryszarda Riedla idącego po pijanemu ulicami Tych lub Katowic. Jego zamiłowanie do trunków było olbrzymie! Kiedy miał przy sobie forsę, to wydawał ją na picie. Jedynie dwa wątki zawarte w piosence nie zgadzają się z życiem Riedla. Po pierwsze brak żony. Otóż z Golą ożenił się w kościele św. Marii Magdaleny w 1977 roku, a poznał ją parę lat wcześniej, zatem raczej nie mógł narzekać, że żadna kobieta nie chciała go. Nie zgadza się również samo whisky, które kocha podmiot liryczny. Na pewno Riedel nigdy nie pogardził tym alkoholem, ale rzadko było go stać na niego, dlatego najczęściej raczył się tanimi „jabolami”.

Jedno z najbardziej ulubionych miejsc Riedla / fot. S.Kastelik
Jedno z najbardziej ulubionych miejsc Riedla / fot. S.Kastelik

Kolejny tekst mocno związany z Tychami, w których wychował się i żył Ryszard Riedel, to „Jesiony”. W ten sposób wokalista oddał hołd swojej ulubionej knajpie Pod Jesionami, która istnieje do dziś na ulicy Damrota. W niej Riedel często spotykał się z znajomymi. Możliwe też, iż powstały tam niektóre teksty, bo frontman Dżemu często przesadzał z przesiadywaniem tam i piciem piwa. Tekst napisał już pod koniec lat siedemdziesiątych, ale piosenka ukazała się dopiero na albumie „Cegła” z 1985 roku, który był pierwszym pełnym krążkiem wydanym przez zespół.

Należy też wspomnieć o przeboju z 1970 roku „All right now” zespołu Free. Czemu? Bo właśnie tę piosenkę zaśpiewał „po norwesku” Rysiek Riedel w „Górniku” na pierwszym przesłuchaniu do Dżemu. Cały zespół był zafascynowany jego głosem, zwłaszcza Paweł Berger. A co oznacza „po norwesku”? Riedel nie umiał języka angielskiego (bo kto miał go nauczyć?), dlatego zaśpiewał utwór tak jak go słyszał, czyli udawanym angielskim.

Kariera Ryszarda Riedla to nie tylko Dżem. Współpracował z kilkoma innymi muzykami lub całymi projektami muzycznymi. Na przykład po pierwszym Jarocinie dostał propozycję dołączenia do Kombi! Aż trudno sobie wyobrazić jak wyglądałaby polska scena muzyczna, gdyby obok Skawińskiego i Łosowskiego występował Riedel. Na szczęście do tego nie doszło, a sam Rysiek poza Dżemem związał się najbardziej z dwoma postaciami: Leszkiem Windera oraz geniuszem harmonijki ustnej Ryszardem Skibińskim. Ze Skibińskim przyjaźnił się chyba najmocniej, głównie z powodu wspólnego umiłowania narkotyków. W 1983 roku popularny „Skiba” umarł z powodu przedawkowania. Śmierć kolegi wstrząsnęła Riedlem. Wielu muzyków oddało hołd zmarłemu, ale jego największy pomnik postawił właśnie wokalista Dżemu. Bo o Ryszardzie Skibińskim opowiada „Skazany na Bluesa”. Wielu sądzi, że Riedel śpiewał o sobie, ale prawda jest inna. Utwór był przepięknym ukłonem w stronę Skiby. Szkoda tylko, że Rysiek nie wyciągnął nauki z historii kolegi.

Dom rodzinny Ryśka był bardzo specyficzny. Jego ojciec Jan był wychowany w surowych warunkach i nie potrafił ukazywać emocji. Dlatego w stosunku do swoich dzieci był szorstki i często okrutny. To był jeden z głównych czynników, który wpłynął na buntowniczą osobowość piosenkarza. Nie chciał przebywać w domu i często robił na złość swojemu tacie. Ale mimo wszystko między nimi zachował się szacunek jaki powinien posiadać syn do ojca i vice versa – przynajmniej tak twierdziła mama muzyka, pani Krystyna. Miała chyba rację, ponieważ gdy rodzice Ryśka wyjechali do Niemiec, to mieszkanie podarowali jemu. Ponadto kiedy Dżem biło rekordy popularności, Jan Riedel chwalił się swoim synem i z czasem poczuł prawdziwą ojcowską dumę.
Lecz to nie zmieniło faktu, iż Ryszard Riedel od zawsze był mocniej związany ze swoją mamą. Wyraz miłości do niej zawarł także w tekstach, które pisał. Szczególnie dwa utwory udowadniają to, jaką wartość miała Krystyna Riedel dla syna. Pierwszy z nich to „Naiwne Pytania” z płyty „Zemsta Nietoperza”. W tekście ewidentnie podmiot liryczny zwraca się do mamy, a w drugiej zwrotce prowadzi z nią nawet dialog (który miał miejsce naprawdę). Ale najważniejszy jest refren: „W życiu piękne są tylko chwile”. Sentencja ta jest na tyle ważna, że została wyryta na nagrobku Riedla. Autorem tych słów była jego mama, która kiedyś zapytana przez małego Ryśka o życie, odpowiedziała mu dokładnie w ten sposób.

Drugą taką piosenką jest oczywiście „List do M”. Jest to bardzo emocjonalna wiadomość skierowana do mamy. Podmiot liryczny rozumie, że przez swoje błędy zranił osobę, która od samego początku kochała go ponad wszystko. Rozumie także dół w jaki wpadł (przez narkotyki), a ponadto przez całe te zło stracił wiarę w Boga. I chociaż ma kochającą mamę oraz też kobietę, która przy nim śpi, to czuje się samotny i nie wie co zrobić dalej. U wielu osób „List do M” po prostu kroi serce na kawałki i uwalnia łzy. Bo kiedy słucha się wręcz krzyczącego z przerażeniem wokalisty, że „nie ma Boga” lub „samotność to taka straszna trwoga”, nie można powstrzymać emocji. Piosenka miała taką moc, że była powodem nieprzyjemnej historii, która spotkała rodzinę Ryszarda Riedla po jego śmierci. Otóż proboszcz parafii św. Krzysztofa w Tychach nie chciał urządzić mszy pogrzebowej, gdyż uznał, że jeżeli piosenkarz Dżemu śpiewał, iż nie ma Boga, to faktycznie nie wierzył w niego. Można powiedzieć, że sytuacja była absurdalna, ale to tylko potwierdza siłę oddziaływania tego arcydzieła na ludzi.
I jeszcze jedna ważna rzecz związana z „Listem do M” – był to ostatni utwór, który przed śmiercią Ryszard Riedel zaśpiewał na scenie.

3 maja 2007 roku umarła Gola, którą pochowano przy mężu i na ich wspólnym nagrobku obok cytatu „W życiu piękne są tylko chwile” umieszczono fragment innej piosenki: „Tylko ty i ja”. Jeżeli mówimy o tym, że prawdziwej miłości już nie ma, to nie wolno zapominać o Małgosi. Była ze swoim ukochanym na dobre i złe. Była przy nim kiedy Dżem odnosił sukcesy i była przy nim kiedy on wymiotował w łazience po kolejnej dawce heroiny. Głupi są ci, którzy twierdzą, że Gola nie zostawiła Ryśka, ponieważ chciała żyć w luksusach i w sławie. Na koncerty rzadko jeździła i nie lubiła całej tej otoczki – to po pierwsze. Po drugie, to ona utrzymywała rodzinę, gdyż Rysiek wydawał wszystko co zarobił. Z czasem zespół uznał, że będzie dawał jego część pieniędzy bezpośrednio żonie, ale i tak były to małe sumy, ponieważ Riedel zaciągnął straszne długi. Toteż nikt nigdy nie miał prawa krytykować Goli. Była jako jedyna przy Ryśku w każdej ekstremalnej sytuacji. To ona często okazywała się jedynym wsparciem. Sam Ryszard słabo doceniał rolę, jaką odgrywała w jego życiu żona, jednak w nocy z 12 na 13 lipca 1994 roku złożył jej życzenia urodzinowe – ponieważ Gola urodziła się 13 lipca – i przeprosił za wszystko co zepsuł. Kilka godzin później trafił do szpitala. Siedemnaście dni później zmarł.

W tym kościele Ryszard i Małgorzata wzięli ślub / fot. S.Kastelik
W tym kościele Ryszard i Małgorzata wzięli ślub / fot. S.Kastelik

A piosenka, której poprawny tytuł brzmi „Tylko ja i ty”, pochodzi z płyty „Najemnik”. Jest to zmysłowy erotyk, który opowiada o bliskiej relacji kochanków – o ich cielesnych i emocjonalnych doznaniach. I chociaż tekst został napisany przez Kazimierza Galasia, to Riedel zaśpiewał go w sposób niesamowity (chociaż w okresie nagrywania płyty Riedel był w nędznej kondycji) i zapewne w taki sposób chciał podziękować swojej żonie.

Warto wspomnieć też o niewątpliwym hicie „Wehikuł Czasu”, który Riedel napisał również na płytę „Najemnik”. Tekst powstał w dość specyficzny sposób. Koledzy z zespołu wkurzeni, że ich wokalista przez uzależnienie znów nie przygotował materiału, zamknęli go w pokoju i wypuścili dopiero, gdy napisał właśnie „Wehikuł Czasu”. Pod presją kolegów i dilerki powstał genialny twór, który ukazał tęsknoty Ryśka Riedla za starymi czasami, gdy jeszcze narkotyki nie rujnowały mu życia, nie miał zmartwień i spędzał boskie chwile w katowickim klubie Puls na „jam session do rana”.

Rysiek jako narkoman

Ryszard Riedel zażył „kompotu” po raz pierwszy w 1978 roku, kiedy to przyjechał do niego przyjaciel z Mińska Mazowieckiego i uraczył go narkotykiem. Przyszła gwiazda polskiej sceny muzycznej po zastrzyku udała się nad jezioro Paprocany, gdzie uwolniła swoje artystyczne piękno i namalowała złamane drzewo. Na początku wszystko wyglądało niewinnie. Rysiek funkcjonował normalnie, ale z każdym kolejnym rokiem, potem z każdym kolejnym miesiącem, aż wreszcie z każdym kolejnym dniem zmieniał się nie do poznania. Uzależnił się szybko, lecz choroba swoje prawdziwe żniwo zaczęła zbierać mniej więcej od 1986 roku, kiedy to Riedel naprawdę zaczął zaniedbywać wszystko, tracić dość spore sumy pieniędzy i rzadko funkcjonował w rzeczywistości. Dla kolegów znaczącym sygnałem o problemach Ryśka było to, że przestał pić alkohol. Nawet tę przyjemność musiał odrzucić dla narkotyków – a najbardziej dla heroiny. Kilka razy był wysyłany na kuracje odwykowe – głównie do Olsztyna -, lecz nie przynosiły efektów. Albo szybko uciekał z ośrodków, albo „wielcy fani” przemycali do niego kolejne strzykawki heroiny. Nawet rosnąca świadomość o wirusie HIV nie przeraziła go. Jedynie kuracja przed nagraniem płyty „Detox” pomogła na chwilę Riedlowi, dzięki czemu pierwszy raz od lat sesja odbyła się bez większych problemów. Poza tym normalnie każde kolejne nagrania, próby i koncerty to były męki dla Ryszarda Riedla, dla Dżemu, dla współpracowników, dla fanów i dla rodziny. Narkotyki rządziły nie tylko wokalistą, ale całym jego otoczeniem. Sama Gola zrozpaczona w pewnym momencie zaczęła brać, ale na szczęście nie popadła w narkomanię. Ryszard Riedel był cały czas świadomy bagna, w które wszedł, ale nie potrafił już nic zrobić. Jedynie pilnował, czy jego syn i córka nie idą w jego ślady. Ganił ich za zwykłe papierosy. Przez śmiercionośne substancje umarło mu wielu przyjaciół, ze Skibą na cele, ale nawet i to nie powstrzymywało go od brania. W sumie szesnaście lat ćpania pociągnęło wielkiego artystę do najgłębszych rejonów piekieł.

Jan Skaradziński w swojej książce pod tytułem „Rysiek” napisał, iż siedem piosenek z repertuaru Dżemu tworzy kartę chorobową uzależnienia Ryszarda Riedla. Skaradziński trafił w dziesiątkę, bo po odpowiednim ustawieniu ich otrzymujemy historię ćpuna, który przechodzi przez wszystkie etapy uzależnienia.

Być może na tej ławce w tyskim parku powstało "Whisky"? / fot. S.Kastelik
Być może na tej ławce w tyskim parku powstało „Whisky”? / fot. S.Kastelik

Najpierw wymienione zostało „Whisky”, z którym osobiście nie zgadzam się, ponieważ piosenka ta opowiada jeszcze o starym Riedlu, który po prostu żyje po swojemu i lubi wypić. A od alkoholu nie był uzależniony, bo jak już napisałem wcześniej, kiedy nie miał pieniędzy to nie pił i nic złego nie działo się z nim. Potrafił także sam zmotywować się i nie pić przez dłuższe okresy, więc „Whisky” nadaje się średnio do opowieści o narkomanie.

Ale już inna sprawa ma się z „Niewinny i ja”. Tekst jest krótki, ale dobitnie pokazuje początek uzależnienia od narkotyków. Bo otóż podmiot opowiada, jak spotkał pewnego „Niewinnego” na ulicy, który dał mu towar i „Niewinnych było dwóch”. Jest też wątek gniewu do samych niebios, nawet do mamy. Piosenka ta przedstawia, że na początku człowiek uważa, że nie robi nic złego, a kiedy pojawiają się pierwsze symptomy uzależnienia, wówczas osoba nie ma pretensji do siebie, tylko do wszystkich na około.
Znamienne są też ostatnie wersy: „A po Niewinnych zostało tylko, Zostało tylko wspomnienie…”. Utwór pojawił się na albumie koncertowym „Absolutely Live” z 1986 roku – więc Riedel już wtedy był świadomy, że narkotyki prowadzą tylko do jednego.

Niepozorna ulica Różana w Katowicach była stale odwiedzana przez Ryśka
Niepozorna ulica Różana w Katowicach była stale odwiedzana przez Ryśka / fot. S.Kastelik

Kolejnym rozdziałem historii narkomana według Skaradzińskiego jest „Mała Aleja Róż” z albumu koncertowego „Wehikuł czasu – Spodek ’92.”. Tekst jest bardzo kontrowersyjny. Widać w nim od razu Riedla, który krzyczy wprost, że tym, którzy chcą mu pomóc uwolnić się od narkotyków, zależy tylko na pieniądzach – a wiadomo, że pomagali mu głównie przyjaciele z Dżemu lub Gola, którą trudno oskarżyć o chciwość. Podmiot (czyli niepodważalnie sam autor tekstu) w utworze mówi, że chce wrócić na Aleję Róż, a pod sam koniec pyta, czy ta aleja jeszcze istnieje i czy jego przyjaciele ciągle tam żyją. Czemu te wołanie i rozmyślanie nad losem tego miejsca jest takie ważne? Ponieważ pierwowzorem „Małej Alei Róż” jest ulica Różana w Katowicach, na której w latach osiemdziesiątych znajdowały się meliny narkomańskie, w których zaś często przebywał Ryszard Riedel. Tam zmarło wielu narkomanów, o czym okoliczni mieszkańcy dowiadywali się dopiero po kilku dniach, gdy zwłoki zaczynały gnić. Dlatego w 1992 roku Riedel postanowił wspomnieć o ulicy Różanej i zastanowić się nad tym, czy ci, którzy również byli uzależnieni od hery, jeszcze żyją – bo jeżeli tak, to i dla niego jest nadzieja.

Jednak nadzieja szybko znika. Narkoman też już wie, że ma coraz mniej szans na wyjście z nałogu. Pozostaje jedynie modlitwa. A dokładnie „Modlitwa III”. Przesłanie jest proste: prośba do Boga o danie nowej szansy, bo ta pierwsza została zmarnowana przez kłamstwa, pychę, niewiarę, nałogi. Wystarczy wsłuchać się w te błagalne wołanie:

Wszyscy wokół mówią narkomanowi, żeby nie poddawał się, żeby jeszcze walczył. Więc decyduje się na detoks. Ale ten detoks nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Riedlowi żadna terapia nie pomogła, na czele z tą ostatnią w 1994 roku. Ale utwór „Detox” pochodzi z 1991 roku i już wtedy bohater tej opowieści rozumiał, że jest to droga donikąd. Przy każdej próbie kuracji Riedla towarzyszyły pozytywne emocje i marzenia ściętej głowy o powodzeniu. Ale zawsze czegoś brakowało. Albo samodyscypliny, albo sił, albo wspomnianej w piosence wiary w happy end. Detoks nie pomógł, narkomanowi pozostało tylko czekać na najgorsze.

W tym momencie można zakończyć opisywanie uzależnienia wokalisty na podstawie piosenek Dżemu, ale są jeszcze dwa utwory, których autorem nie jest Ryszard Riedel, ale bardzo mu się spodobały i opowiadały w pełni o jego losach. „Prokurator i ja” napisał Mirosław Bochenek, ale wzorował się na postaci Ryśka. Ciężko określić metaforę tego tekstu. Ponieważ Riedel faktycznie miał raz problemy z prawem, kiedy złapano go z działką narkotyków. Ale piosenkę można interpretować też tak, że wspomnianym prokuratorem są inni ludzie, którzy oceniają narkomana, albo jest nim sama śmierć, która chce go dopaść. Zatem „Prokurator i ja” pasuje jako kolejny etap panowania nałogu w życiu człowieka: problemy z prawem, kiepska opinia publiczna, bliskość śmierci, a także całkowite olanie sprawy przez samego uzależnionego.

Skaradziński kończy tę „kartę chorobową” piosenką „Autsajder”, którą również napisał Bochenek. „Autsajder” i „Prokurator i ja” to rok 1993, czyli początek największego kryzysu związanego z uzależnieniem muzyka. Tytułowy „Autsajder” to nikt inny, tylko Ryszard Riedel, ponieważ wspomniane są na przykład: ciągły brak pieniędzy i konflikty z ojcem. Ale najważniejszym fragmentem jest: „Zawsze będę żył już tak! / Bo już nigdy się nie zmienię” – powtórzone kilkakrotnie. Narkoman pogodził się już z rzeczywistością. Wie bardzo dobrze, że nie wyjdzie z nałogu i pozostało mu żyć tak jak żył cały czas. Czyli być „autsajderem”, człowiekiem na marginesie, mającym wszystko gdzieś, bo nic mu nie zostało. Rysiek Riedel był autsajderem od samego początku. Żył jak chciał, bo był wolny. Ale ta wolność skończyła się szybko. Miał dwadzieścia dwa lata kiedy sam sobie odebrał wyzwolenie. Podpisał pakt z największym złem. Wielu próbowało go uratować, ale odrzucił każdą pomoc, choć wiedział, że jej potrzebuje. Czy winni byli rodzice? Czy winni byli przyjaciele? Każdy na pewno dołożył swoje grosze w tragiczną historię wokalisty Dżemu, ale przede wszystkim on sam był sobie winny.

Szybka, tragiczna śmierć zbudowała wokół niego legendę. Do dzisiaj ma tysiące fanów, którzy nie uważają go za ćpuna, tylko za artystę i symbol. I bardzo dobrze, iż jest symbolem, ponieważ jego historia udowadnia, że absolutne wyzwolenie nie prowadzi do szczęścia. Najpewniej Rysiek Riedel chciałby, żeby jego przykład posłużył wszystkim, którzy są uzależnieni, albo będą mieli kiedyś styczność z narkotykami. Bo pamiętać należy nie tylko o jego śpiewie, ale o jego życiu i o jego porażce.

Zmarł 30 lipca 1994 roku w chorzowskim szpitalu. Omega wielkiego artysty, który tego feralnego dnia po raz pierwszy przybył za wcześnie na spotkanie. Szkoda tylko, że spotkanie te miał z aniołem śmierci. W swoim dzienniku napisał, iż pragnął kiedyś żyć jak Morrison, Hendrix. Lecz kiedy zaczął umierać powoli jako młody facet, wówczas przekonał się, że to życie jest największą wolnością jaką może otrzymać człowiek. Będąc zaślepiony odebrał sobie tę prawdziwą swobodę, o której marzył oglądając Indian w kinie, czy też pijąc Pod Jesionem, czy też jeżdżąc na gapę do Katowic, czy też podróżując autostopem przez Polskę, czy też tworząc genialne utwory razem z Dżemem, bo muzyka obok Goli była jego prawdziwą miłością. On był naprawdę wolny, ale tylko do 1978 roku, do pierwszej strzykawki pełnej narkotyku.

Ryszard Riedel był, jest i będzie jednym z najważniejszych ludzi polskiej kultury. Nie jest to moja subiektywna opinia. Bowiem nawet pokolenie urodzone już w dwudziestym pierwszym wieku zna i kojarzy jego największe przeboje. To oznacza, że ten chłopak z Górnego Śląska nie umarł. Pod ziemią znikło tylko jego ciało, zaś duch pozostał żywy w tekstach. Każda puszczona piosenka Dżemu to odwiedziny Ryśka przychodzącego do swojego fana, aby opowiedzieć mu historię o człowieku, który przeżył nie jedno.

fot. S.Kastelik
fot. S.Kastelik