Nazareth – Love hurts

DWIE PARY
Piosenkę zawdzięczamy dwóm parom. Pierwsza (autorska, składająca się z małżeństwa Felice i Boudleaux Bryant) „Love Hurts” napisała, druga (wykonawcza – braci Everly) – całość elegancko nagrała. Premierowo utwór wykonano w roku 1960, co zdaje się potwierdzać teorię, iż amerykańska muzyka przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych często pełni rolę starożytnego Rzymu. Już bowiem starożytni muzycznie amerykańscy Rzymianie śpiewali to coś, co dzisiaj nuci się wszędzie. Wbrew temu, co pisze nieoceniona Wikipedia Everly Brothers nie są zespołem zapomnianym. Trudno wszak zapomnieć znajdującą się w żelaznym kanonie popu piosenkę „Wake Up Little Susie”. Susie pamiętamy nie tylko dlatego, że każde szanujące się radio musi od czasu do czasu ją zagrać, ale także z powodu tekstu. Piosenka opowiada o sytuacji, w której prawdopodobnie nastoletnia i sympatyzująca ze sobą para została sama w domu na noc by oglądać telewizję. Niezależnie od oczywistych w takiej sytuacji planów, coś się nie udało, bo znużeni filmem młodzi ludzie po prostu zasnęli. Przebudzenie było straszne: czwarta rano, zbliżający się rodzice i wizja kompromitacji (w dodatku całkowicie bezpodstawnej). Słowem – wtopa. Don i Phil Everly śpiewają słodziutkim unisono dokładnie tak, jak śpiewało się pod koniec lat pięćdziesiątych. „Love hurts” w ich interpretacji kojarzy się bardzo mocno z country (nic w tym dziwnego, bo Brayant całymi latami zarzucał środowisko ludowej muzyki amerykańskiej swoimi utworami), nieco z Meksykiem (w produkcjach rozrywkowych made in USA do dziś trudno znaleźć zjawisko, ktore nie byłoby związane z Kalifornią podszytą latynoskim duchem). Rytm jest u braci tak rygorystyczny, że dziś według niego można programować cyfrowe metronomy; bardziej rytmicznie jest już tylko w „Marszu Radecky’ego”.

O CZYM TO JEST

Na pierwszy rzut oka powiedzieć można, że piosenka „Love hurts” jest o niczym (czyli o miłości). O miłości traktują podobno wszystkie utwory muzyczne świata poza „Marsylianką” i „Żółtą łodzią podwodną”, choć także w tych przypadkach można mieć wątpliwości. Problem „o czym jest piosenka” to zresztą od czasu utworu „American Pie” kwestia bardzo delikatna. Gdy dziennikarze zapytali autora o czym (WTF) traktuje tekst, ten odparł „Mógłbym wam powiedzieć, ale i tak nie uwierzycie”. Cytat ten można dedykować wszystkim polonistkom uporczywie dociekającym znaczenia różnych utworów poetyckich. Tekst „Love hurts” zawiera wszystkie słowa kluczowe niezbędne w banalnej wypowiedzi: jest „heart”, jest „true” (choć w zaprzeczeniu), jest „blue” obficie podlane poetyckim keczapem w stylu „love is like a cloud”. Mamy nawet słodziutkie „togetherness”. Jeżeli opowieść braci Everly może czymś zafrapować to młodocianym podmiotem lirycznym. Podobnie jak we wspomnianej „Susie” słowa padają z głębi duszy jakiegoś nastolatka, który właśnie dokonał odkrycia, że miłość może ranić. Cóż – myślał, że będzie fajnie i z górki a tu ciach: skucha. Słowa idealnie wpasowują się w wizerunek Everly Brothers: w swoim czasie byli rekordzistami młodości, w chwili debiutu scenicznego młodszy Everly miał zaledwie 15 lat. Nawet na szalonym, kreatywnym i wiecznie głodnym nowości amerykańskim rynku sytuacja taka mogła szokować. W pewnym sensie Brothers torowali więc drogę wszystkim kolejnym Bieberom tego świata i nie tylko im. Uważny odbiorca usłyszy nuty Everly w piosenkach formacji Simon & Garfunkel (a może „Mrs. Robinson” to rozwinięcie libretta „Love hurts”?), u Beatlesów czy w rollingstonowej „Angie”.

ZŁOTE LATA

W interpretacji Everly utwór „Love hurts” wielkiej kariery nie zrobił, na szczyty nie dotarł, w pamięć nie zapadł. Konał sobie spokojnie aż do 1975 roku, kiedy to zabrali się za niego Szkoci z Nazareth. Nowa twarz piosenki stała się wzorcem metra dla rockowej ballady ze wszystkimi konsekwencjami. Z rifem jako kadencją frazy, z gitarowym podkładem, który można równie dobrze zagrać przy ognisku. Gdy dziś oglądamy jak charyzmatyczny Dan McCafferty odkurza słowa sprzed lat nie sposób oprzeć się odczuciu prawdziwego podziwu. Także wdzięczności, iż lata siedemdziesiąte pozostawiły po sobie wspaniałą muzykę i (chwała niech będzie niebiosom) udało się zerwać ze sposobem ubierania czy czesania z tamtego okresu. Mniej wrażliwych widzów uprasza się o zamknięcie oczu, wystarczy słuchać. Nazareth daje jednak tym utworem popalić, tworzy legendę i przyćmiewa poprzednie wykonania „Love” autorstwa Roya Orbisona czy The Who.

 

WŁASNE ŻYCIE

Za „Love hurts” zabrali się później kolejni wykonawcy: Robin Gibb, Paul Young, Rod Steward czy Cher. Często bywa utworem wykonywanym ni to przypadkowo, okazjonalnie, w polskich realiach usłyszeć można ją nawet na weselnej imprezie w domorosłym tłumaczeniu. Obecność w kanonie muzyki rozrywkowej zobowiązuje do tego stopnia, że można spotkać wykonania naprawdę niezwykłe. Takiej jak wersja duetu Nora Jones i Keith Richards: nieprawdopodobnego popisu starego wygi estrady, który potrafi stworzyć klimat, w którym wszystko uchodzi mu na sucho. Obrzydliwe fałszowanie czy robienie z pięknej Nory podpórki własnego (niszczonego dziesięcioleciami stosowania używek) organizmu – to wszystko nic. Keith jest wielki, utwór jest wielki – efekt musi być więc powalający, bo toczący się kamień nigdy nie obrasta mchem.

 

 

SUPLEMENTY

Jak każdy rasowy klasyk utwór zagrał w filmach. Szczególną rolę otrzymał w horrorze z 2007 roku – „Halloween”: opowieści o uciekinierze ze szpitala psychiatrycznego, który chce zamordować swoją siostrę. Cóż – „Love hurts”, obraz wyreżyserował pan o niezwykle adekwatnym do tematyki filmu nazwisku – Bob Zombie. Ścieżka dźwiękowa tego filmu zawiera zresztą bardzo ciekawe zestawienia: tuż obok znajduje się bachowska Aria na strunie G z 3. Suity Orkiestrowej. Od czasu do czasu otrzymujemy jakąś interesującą przeróbkę, taką jak interpretacja Gabrieli Gunčíkovej – czeskiej piosenkarki rocznik 1993, absolwentki talent show i byłej uczestniczki transsyberyjskiej orkiestry. Warto tego posłuchać, bo Gunčíkova bez wątpienia ma talent na miarę Bonnie Tyler, zaś barwa jej głosu może zachwycić. Niełatwo wytłumaczyć fascynację Czechów balladami rockowymi, bo choć „Love hurts” znana jest w Polsce, to nad Wełtawą od niepamiętnych czasów cieszy się opinią megaprzeboju. Podobnie zresztą jak wszystkie wielkie gitarowe wyciskacze łez lub widowiska w stylu „Jesus Christ Superstar”. Ale „Love hurts” tak naprawdę kochają wszyscy – z Japończykami włącznie, co usłyszeć można na YouTube, szczególnie iż statystycznemu obywatelowi najłatwiej jest uzyskać wersję zbliżoną do japońskiej. Wykonaniu zapewne pomogłoby nieco lepsze nastrojenie gitary, ale co tam. Niezależnie od wykonania „Love hurts” to niemal cztery minuty wzruszeń, radości i wspaniałej muzyki.

 

tekst: Zbigniew Markowski, filmy: YouTube